Każda kto miał możliwość zetknięcia się z wielką i intrygującą osobowością; nasiąknął choć w jakimś stopniu wiedzą i doświadczeniem podczas rozmów, a przede wszystkim podczas warsztatów i szkoleń; tedy wie, że pewne spotkania odciskają się w nas trwale. Tak mocno wręcz, że niekiedy przewracają nasze życie do góry nogami. Możemy we wspomnianym czasie obserwować jak ulatniają się z nas opary niewiedzy oraz jak bogata i skomplikowana jest księga zagadnień, po którą zdecydowaliśmy się sięgnąć

Zbigniew DidochNasze pierwsze spotkanie ze Zbigniewem Didochem było poniekąd takim przeżyciem. Nie mieliśmy bowiem za dużego pojęcia ani o zagadnieniach związanych z kynologią myśliwską, ani jak przygotować psa do zasłyszanych gdzieś tam obowiązkowych próbach pracy łowieckiej. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że seter irlandzki jest psem myśliwskim i ma rozbudzony instynkt do pracy w tym kierunku (co zresztą Jessi dała nam parę razy odczuć, gnając wesoło w las i pola bez jakiegokolwiek opamiętania). Dlatego też jadąc na nasze pierwsze warsztaty dla wyżłów w czerwcu 2015 roku mieliśmy ogromną nadzieję, że dowiemy się wreszcie czegoś konstruktywnego z pierwszej ręki. Nikt nie powiedział nam, że będziemy mieli styczność z jakże mądrym i charyzmatycznym człowiekiem, który nie tylko zacznie całkiem nowy rozdział w naszym życiu, ale jeszcze zapisze obficie pierwsze strony.

Spróbujmy jednak nadać tej historii jakiś początek.

Pan Zbigniew Didoch od wielu lat jest  sędzią kynologicznym pracy psów myśliwskich, w których biorą udział pieski z różnych grup FCI (m.in. retrivery czy szeroko pojęte wyżły). Przede wszystkim jednak Pan Zbigniew jest mentorem i trenerem psów (a także ludzi 🙂 ). Jego poświęcenie, niespożyta energia, i nieposkromione poczucie humoru, potrafią skutecznie nie tylko zauroczyć każdego psiaka, ale i najbardziej marudnego człowieka 🙂
pan didoch i aport 2
Dla pragnących posiąść wiedzę o fascynujących umiejętnościach i predyspozycjach psów myśliwskich Pan Zbigniew prowadzi zajęcia dla przewodników, na których są poruszane zagadnienia nie tylko o umiejętnościach i talentach poszczególnych canis lupus familiaris, ale też w jaki sposób kierować zdolnościami psa przy zachowaniu jego pasji myśliwskiej. Osobną i chyba dla nas najbardziej fascynującą dziedziną są zaś warsztaty i szkolenia dla między innymi wyżłów węgierskich, wyżłów weimarskich i tych nieposkromionych, czasem dupowato-miękkich, czasem zacięto-twardych seterów irlandzkich. Podczas tych sesji nasze rasowe burki mogę się dowiedzieć wszystkiego o aporcie, pracy w wodzie i trudnej technicznie dyscyplinie jak praca na polu. Nasze k
olejne dni treningu zaczynaliśmy często bardzo podobnie – zaspani zbieramy się powoli o godzinie 7 rano; pijemy swoją pierwszą, potem drugą kawę; zajadamy się zimną makrelą w sosie pomidorowym z lekko czerstwym już chlebem. Pakujemy do plecaka linkę treningową, psi ulubiony aport jakby coś nie poszło; zapinamy mieszek z przysmakami do pasa; sprawdzamy kartę i baterię do aparatu. I zakładamy gwizdek na szyję – nasz magiczny flet za pomocą, którego komunikujemy się z naszymi, już niespokojnie przebierającym czterema nóżkami, kudłatymi przyjaciółmi. I idziemy. A potem krótkie hasło: „pole”, „woda”, „aport” od naszego Szefa – i wymarsz.
pan didoch i aport
Sam uważam się za człowieka wymagającego wobec siebie i innych, znakomitego ignoranta jeśli chodzi o wiele dziedzin, a niekiedy wręcz obcesowego wobec nowopoznanych osób. Mimo to Pan Zbigniew ujął mnie swoją ciepłą i wyrozumiałą osobowością od pierwszej chwili, kiedy szliśmy na pierwszy trening do lasu równie zieloni jak tylko zielony może być las w czerwcu 🙂 A potem już chłonąłem jak gąbka trafne obserwacje z pracy Jessi podczas ćwiczeń, jak i niemniej celne sugestie co do sposobu o techniki pracy jako przewodnik-amator.
ćwiczenia w wodzie
Są to jedne z najważniejszych doświadczeń w moim życiu, dzięki którym nie tylko mogłem nawiązać ogromnie głęboką więź z naszą Rudą Małpką, ale też dowiedzieć się znacznie więcej, jakim jestem człowiekiem. Z pewne można by bez końca dziękować Panu Zbigniewowi za wiedzę i życzliwość jaką obdarzył nas jak i pozostałych, licznych członków psioludzkiego stada, ale myślę, że podziękowania są czymś skończonym, dobrym na daną chwilę, a potem gdzieś przemijają w czasie. Ja powiem inaczej: Wstajemy 4 godziny przed pracą, pakujemy plecak, bierzemy obrożę i 20-metrówkę i idziemy, niemal codziennie. Rozwijamy tą pasję z ogromnym natchnieniem.

Nieustannie.