Kiedy myślę o 30 sierpnia 2014 roku, o dniu kiedy jechaliśmy po naszą
HEROINE OF WISDOM All Irish Gold, po naszą Jessi, małą, zawziętą, cwaną kudłatą iskierkę, która wniosła do naszego domu ogień i podmuch irlandzkiego wiatru. I kiedy patrzę na nią dziś w dniu 30 sierpnia 2015, dokładnie rok później i widzę jak wspaniale wyrosła, jak dojrzewa. Patrzę na jej wspaniałą pracę w polu, na rosnącą z każdym dniem opanowanie i pewność siebie podczas treningu przy zachowaniu jednoczesnej pasji, to myślę sobie jak bardzo zmieniło się nasze życie. Nasze wspólne wyprawy po łąkach, kąpiele w stawach, brodzenie w rzece, przedzieranie się przez lasy, wreszcie nasze treningi – bo przecież o nich chcę tu dalej opowiadać – wszystko to przepisało nasze życie na nowo.
Dziś wszyscy jesteśmy częścią tego „górnego wiatru”, który przynosi nam jakże inną perspektywę każdego kolejnego dnia. I szczerze, niekiedy nie mam pojęcia, gdzie nas poprowadzi, ale wiem, że będzie to niezapomniane…

Drużyna

druzyna
Animatorem, majordomusem a przede wszystkim wspaniałym mentorem ponownie był Pan Zbigniew Didoch, który wprowadza nas sukcesywnie w niezwykły świat pracy z wyżłem. Kim jednak są pozostali z nas? Kim są Ci dziwni ludzie biegający rączo po polach za swoimi psami (czasem w „japonkach”, a czasem opancerzeni w gumiaki :)).Obwieszenie gwizdkami, na których grają jak na magicznych fletach tajemne sygnały; machający rękoma w różnych kierunkach; i ten uśmiech – uśmiech ludzi, którzy zapomnieli o całym niespokojnym makroświecie, chłonąc jak gąbka zapach lasu. Na łąkach i polach, razem z naszymi ukochanymi psami nie myślimy na te krótkie chwile o naszym doświadczeniu zawodowym, o liście spraw do załatwienia; zapominamy o szerszej perspektywie niż szerokość pola. Jesteśmy tu i teraz – trochę watahą, trochę stadem – zapatrzeni w dal, idziemy po śladzie, aby opowiedzieć przy wieczornym ognisku tą samą i jak inną historię.

Praca z uniesionym nosem (górny wiatr)

Po powrocie z warsztatów czerwcowych mieliśmy głowę pełną pomysłów, które sukcesywnie zaczęliśmy realizować, aby poprawić i ukierunkować pasję Jessi do pracy na górnym wietrze. Podczas takiego treningu piesek ma za zadnie odnaleźć zwierzątko, kierując się wyłącznie zapachem niesionym przez wiatr. Pies pracujący górnym wiatrem przeszukuje obszar w oparciu o jego kierunek oraz stara się przemieszczać w taki sposób, aby odnaleźć poszukiwanego bażanta czy kuropatwę. Jest to bardzo istotna umiejętność dla psów poszukujących dzikiego ptactwa, ponieważ możliwość latania uniemożliwia bardzo często tropienie po śladzie, jak ma to miejsce z wyszukiwaniem zająców, jeleni czy innych ssaków. Umiejętność ta jest stosowana głównie przez wyżły brytyjskie i kontynentalne, ale często górnym wiatrem posługują się także retrievery czy spaniele. Pies pracując nad tym elementem powinien przemieszczać się szybko, a seter irlandzki porusza się bardzo szybko – osoba prowadząca psa powinna w miarę możliwości trzymać to tempo w trakcie pierwszych treningów 😀

Bardzo ważnym elementem podczas takiego ćwiczenia jest nauczenie psa umiejętności zmiany kierunku pracy – jest to o tyle istotne, ponieważ młody pies będzie szukał niejednego określonego zapachu, ale zapachów dla niego interesujących.  Dlatego też jego uwaga niekoniecznie skupi się na poszukiwaniu określonego ptaka, a na przykład skoncentruje się na odnalezieniu sarny skubiącej trawę około 1 km dalej. Sygnał dźwiękowy poinformuje pieska, iż w swoich poszukiwaniach zabrnął za daleko i powinien zmienić kierunek biegu na przeciwny. Jest to bardzo ważne z punktu widzenia rutyny pracy – pies jest zwierzęciem kochającym się w nawykach, a w dominującej części zadań wyżłów jest poszukiwanie drobnej zwierzyny oraz ptactwa, dlatego też jeśli skoncentrujemy jego uwagę na poszukiwanie właśnie takich zwierzątek w znacznym stopniu zmniejszymy jego zainteresowanie dzikiem czy jeleniem, których poszukiwanie nie jest oczekiwane np. na konkursach pracy Field Trails czy konkursach wielostronnych.
gorny-wiatr-warsztaty-sierpien-cz-5
Bardzo ważną rolę w pracy psa na górnym wietrze pełnią umiejętności i wiedza przewodnika, czyli osoby prowadzącej psa za pomocą sygnałów dźwiękowych. Osoba prowadząca psa musi mieć świadomość, że pies powinien pracować cały czas pod wiatr. Jeśli wiatr zmienia nagle kierunek w stosunku do położenia poszukiwanego zwierzątka należy tak prowadzić pieska, aby znów przeszukiwać teren przemieszczając się do niego frontalnie. Przykładowo wiatr wieje od zachodu, tymczasem poszukiwany bażant znajduje się na wschodzie od naszej lokalizacji i piesek nie wie jak go odnaleźć. W warunkach warsztatowych przewodnik wie, gdzie znajduje się bażant i w ten sposób naucza psa, że czasami należy się cofnąć znacznie bardziej na wschód, aby w momencie ponownego zwrotu na zachód wyczuć ukrytego ptaka.
jessi-wystawianie-warsztaty-sierpien-2015
Równie ważne jest nauczenie psa opanowania – jeśli nasz podopieczny zbliży się na maksymalnie 5 metrów od zwierzątka powinien stanąć w pozycji stójki (lub w ogóle stanąć). We wczesnym etapie edukacji psa myśliwskiego przewodnik stara się głaskaniem rozładować jego zszargane nerwy od samej obserwacji zwierzątka (niemniej jednak na początku lepiej jest mieć psa podpiętego na lince). Czynności wystawiania nie należy przerywać komendą odwołującą, lecz należy pieska podnieść i wynieść z pola przed tym za nim straci on zainteresowanie zwierzątkiem. Opanowanie jest bardzo ważną umiejętnością – bardzo często zdarza się, że psy o ogromnej pasji myśliwskiej, będąc w warunkach konkursowych, nie są w stanie wykazać samodzielność na tyle, aby nie pogonić podrywającego się do lotu ptaka łownego. Trening opanowania wymaga licznych powtórzeń, aby zwiększyć szansę prawidłowego zachowania się psa przy podrywaniu bażanta/kuropatwy do lotu.
wynoszenie-z-pola-warsztaty-2015-sierpien
Nie da się ukryć, że u prawidłowo ukształtowanego wyżła praca na górnym wietrze jest czymś szalenie nęcącym, wręcz hipnotyzującym. Pies w trakcie takiego ćwiczenia nie tylko potrafi odmówić pokarmu, ale wręcz potrafi się tak zapamiętać, że przestaje reagować na komendy. Jessi jest właśnie takim przypadkiem „szałaputa”, jak określa pieszczotliwie setery Pan Zbyszek. Pasja ma tendencję do górowania nad dyscypliną. Jednakże w trakcie mijających miesięcy coraz bardziej widać, że Jessi nie tylko potrafi się już nieźle skupić mimo tak dużego podekscytowania w polu, ale również prawidłowo reaguje na sygnały zmian kierunku, powrotu czy leżenia. Ważne jest, aby sygnał został wydany nim pies całkowicie się zapamięta w wykonywanej czynności, ponieważ może to doprowadzić do jakże niepożądanego pogonienia za zwierzyną.

Okładanie pola


poczatek-okladania-warsztaty-sierpien-2015
Seter irlandzki w polu jest niczym wiatr. Jego szaleńczy pęd przerywa albo ogromne zdyscyplinowanie i zamrożenie w pozycji wystawiającej albo… biegnie dalej 🙂 Pragnienia setera irlandzkiego, aby pracować na przestrzeni otwartych łąk nie da się po prostu okiełznać, a co więcej nie powinniśmy tego robić – należy iść za tym temperamentem… Jeśli tylko mamy ochotę, aby nasz pies stał się w spełniony powinniśmy podążać za głosem jego instynktu. Skutkuje to szalonymi pogoniami  do utraty tchu (raczej człowieka 🙂 ), a w podzięce otrzymacie radosne zipanie na samym końcu (za pewne obojga) 🙂
Celem prawidłowego okładania pola jest wykorzystanie umiejętności posługiwania się przez psa górnym wiatrem na konkretnie określonym obszarze.
Systematyczne przeszukiwanie terenu w jak najszerszym spektrum od lewej do prawej strony oraz poszanowanie podczas przeszukiwania dzikich zwierząt – to kwintesencja wzorowego okładania pola.

Ćwiczenie to powinno być wykonywane pod wiatr, aby nasz towarzysz mógł korzystać z umiejętności swojego nosa. Piesek po znalezieniu zwierzyny zatrzymuje się w pozycji wystawiającej, a następnie przewodnik powoli podchodzi do niego i zapina go na smycz. Następnie piesek jest odnoszony na tyle daleko, aby stracił choć częściowe zainteresowanie zwierzyną. W trakcie okładania przewodnik może stosować sygnały dźwiękowe (gwizdek, głos) lub wizualne (wskazanie ręką), mówiące, iż pies ma zmienić kierunek biegu. Jest to szczególnie przydatne przy wypracowywaniu nawyku zawracania, bowiem niektóre pieski mogą mieć tendencję do prostego gnania do celu, tymczasem w trakcie konkursów bardzo istotne jest pokazanie pracy psa oraz jego pasji i radości jaką z niej czerpie.
jessi-stojka-do-kuropatw
W trakcie pracy przy okładaniu pola piesek z reguły jest bardzo pobudzony. Silne merdanie ogonem, niższa pozycja i skradający się chód (dociąganie) mogą nas informować o zbliżaniu się do ukrytego  bażanta/kuropatwy. U psów, które bardzo chętnie poświęcają się temu zadaniu widać wręcz ogromne zaangażowanie w wyszukiwanie, kluczenie i zawracanie, aby utrzymać się w pozycji „pod wiatr”. Co ważne – nie należy odwodzić pieska od podekscytowania podczas okładania innymi komendami niż konieczne -„zmiana kierunku” lub „zatrzymanie”, które nie będą w żaden sposób przeszkadzać podczas pracy psa pod warunkiem, że zostaną użyte we właściwym czasie. Brak wyczucia momentu, kiedy należy użyć komendy może skutkować zniechęcaniem psa do pracy. Dlatego też:

– zmianę kierunku możemy stosować, kiedy pies ewidentnie nie wyczuwa niczego z danego obszaru i traci zainteresowanie; jeśli może nastąpić wyjście z ręki, czyli pognanie pieska w bliżej określonym kierunku np. za sarną
– zatrzymanie stosujemy, wtedy kiedy pies zamierza pogonić zwierzynę np. zrywającego się do lotu ptaka.
W chwili kiedy piesek znajduje to czego szuka jego podniecenie zamienia się w duże napięcie, które wręcz „zamurowuje” go w miejscu – stójka.

wystawienie-warsztaty-sierpien-2015
Jest to pozycja wystawiania. W trakcie tego stanu ducha, jak określa to Pan Zbyszek, pies jest całkowicie skupiony na kryjącym się zwierzątku. Jego nerwy są na skraju rzucenia się pogoń i tylko duże wytrenowanie psa lub naturalny talent zatrzymują go przed podjęciem takie decyzji. W takiej chwili przewodnik ma za zadanie podejść powoli i uspokoić te zszargane, kudłate nerwy głaskaniem oraz łagodną pochwałą. Zbyt gwałtowne podejście albo przerwie wystawianie, albo sprokuruje pogoń (pies poczuje się zbyt pewnie w obecności właściciela i ruszy za zwierzątkiem). Następnie pieska podnosimy i odnosimy poza obszar ćwiczenia. Ważne: pieska należy podnieść nim straci on zainteresowanie wykonywaną czynnością. Na zakończenie treningu okładania warto psu rzucić aport (najlepiej po wystrzale, co będzie imitować aport wykonany podczas polowania).
jessi-stojka-do-kuropatw-2
Okładanie wraz z Jessi jest utrzymywane w  dużym tempie – Jessi biega z zapałem od prawej do lewej strony, oddając się wyszukiwaniu. Jej pęd do pracy nadał jej już pewną ksywę „Boryna” – bo cały czas robi w polu :P. Taki entuzjazm ma jednak i swój mankament – piesek może mieć tendencję do rozpraszania swojej uwagi w trakcie treningu, co może skutkować niespodziewaną pogonią zwierzątkiem, szczególnie za zającem bądź sarną. Dlatego praca z linką 10 – 20 metrową musi zostać doprowadzona do perfekcji zanim zdecydujemy się na puszczanie psa luźno 🙂

Praca z pochylonym nosem (dolny wiatr)


wloczki-sierpien-2015
Ćwiczenie tego typu jest określane inaczej włóczką. Jest to nic innego jak ciągnięty na sznurku aport, który po przejściu kilkudziesięciu metrów (w początkowej fazie treningów 🙂 ) jest chowany np. w krzakach. Następnie po tym śladzie idzie pies z przewodnikiem, wydającym wcześniej odpowiednią komendę na szukanie wspomnianej włóczki: „szukaj”/”trop”. Zadanie to w odróżnieniu do pracy na „górnym wietrze” wymaga dwóch ważnych elementów:
1. Pies musi trzymać się śladu, po którym był ciągnięty aport – dlatego też warto posmarować go czymś atrakcyjnym lub zastosować aport naturalny
2. Piesek musi z tym aportem wrócić do miejsca startu 🙂

Oczywiście u wielu piesków, w tym i Jessi, zwłaszcza to drugie zadanie może przysporzyć pewnych trudności. Nie należy się jednak zniechęcać – chwytając za sznurek z aportem i ciągnąc go po ziemi możemy starać się uaktywnić u pieska instynkt pogoni, który może pomóc w podniesieniu aportu. Przedmiot może być również ponownie rzucony albo może być użyty jako szarpak (oczywiście w granicach rozsądku). Generalnie różne chwyty są dozwolone ważne jest, aby pies podniósł aport.

Jest to całkiem inne zadanie w porównaniu do biegania za podmuchami, zmieniającego się wiatru. Rytmicznie merdający ogonek informuje nas o tym, że pies szuka i że sprawia mu to radość, dlatego też w żadnym wypadku nie należy w tej pracy przeszkadzać o ile nie jest to konieczne – przewodnik powinien w miarę możliwości zachować ciszę. Najważniejsze, aby piesek poruszał się we właściwym kierunku trzymając tropu, zaś przewodnik powinien ingerować dopiero wtedy, kiedy nasz kudłaty kompan całkiem zgubi ślad, którym podąża.

Praca z aportem – krok drugi

Mając świadomość po treningu w czerwcu 2015 zorganizowanym przez Pana Zbyszka, że Jessi ma dużo do dopracowania jeśli chodzi o aportowanie, postanowiliśmy doszlifowywać ten element krok po kroku. Metoda jaką założyliśmy była prosta i opierała się na konsekwencji w działaniu bez jakiegokolwiek przymusu:aport-z-wody
– aportujemy regularnie od 1 do 5 powtórzeń w sesji treningowej, tak aby zostawić uczucie niedosytu u Jessi.

– sesje treningowe maksymalnie 2 razy dziennie po kilka minut z zagadnienia aportowego 🙂
– aportujemy na początku na tym samym obszarze (przy dobrych rezultatach szukamy nowych miejsc)
– jako aporty treningowe używaliśmy: piłeczki lub innej zabawki, aportów dummy i kołków z drewna otoczonych piórami bażanta lub skórką z królika
– jeśli Jessi nie chciała podjąć w ogóle aportu, nie forsowaliśmy tematu. Po prostu zabieraliśmy aport i wracaliśmy do ćwiczenia  kilka godzin później, albo wcale w danym dniu.
Dodatkowo zauważyliśmy, że Jessi znacznie lepiej aportuje po ćwiczeniach z szukaniem w wodzie oraz tuż na początku sesji treningowej. Jeśli byliśmy już dłużej w polu spacerując i szukając zwierzątek jej zmęczenie/rozkojarzenie utrudniało skoncentrowanie jej na aporcie do tego stopnia, że przez dłuższy czas zaniechaliśmy w takich warunkach aportowania.

W okolicach drugiej połowy lipca zaczęliśmy zauważać już znaczny postęp, ale postęp na warsztatach w sierpniu u Pana Didocha nad Zalewem Sulejowskim nas zaskoczył. Jessi aportowała pierwsze dwa dni dosłownie wszystko co jej rzucono, a przez kolejne dni udawało się jej utrzymywać tą formę mimo rosnącego zmęczenia. Nawet jeśli niektórych aportów nie zdołała wziąć to i tak bardziej wynikało z braku doświadczenia i z trudności w generalizacji zadania niż w całkowitym braku zainteresowania jak można to było zauważyć na poprzednich warsztatach. Co więcej – wiele aportów wykonywała z ogromną pasją i radością, przy dużej prędkości – za każdym razem oddając po ładnym siadzie :). Kiedy zaś zaczynała tracić na świeżości w kolejnych dniach wciąż wykazywała się dużym zdyscyplinowaniem, i choć tempo było wolniejsze to jednak podnosiła uparcie niemal wszystko i przynosiła z powrotem.

jessi-aport-warsztaty-2015-sierpien

Na Jessi przy aportach wołaliśmy „Muszka” za Panem Zbyszkiem – bo wyciągnęła z wystających na powierzchnię wodorostów trudny aport. Nie poddała się – przedarła przez zarośla i przyniosła kawał piankowej kaczki mimo raczej delikatnej budowy ciała 😛

Po kilku dniach i rosnącym znużeniu zaczęliśmy też wołać ją „Waran” przy wodnych aportach – bo lazła po nie jak jaszczur, powoli, spokojnie, zanurzając się statecznie niczym łódź podwodna i w takim samym tempie wracał, trzymając jednak aport uparcie w pysku 🙂

Podsumowanie

To był tydzień, który zostanie na zawsze w głowach i sercach. Do zamęczenia mogliśmy rozmawiać, analizować, a przede wszystkim działać i trenować. Zmęczyliśmy się w dobry sposób – ilością zdobytej wiedzy 😀 Pobudki o 7.00, śniadania na werandzie i wspólna kawa; wymarsze o 9 na 4 godziny wędrówek i pracy. Powroty na obiad, a potem jeszcze przerwa i od 16 kolejne 3 godziny treningu. I wieczór – opowieści, żarty, głupie i mądre podsumowania, dylematy i teorie. Relaks przy ognisku do nie za późnej nocy, bo następnego dnia od nowa 🙂 Gdzieś koło 3 dnia zaczęliśmy mieć problem z rozróżnianiem co robiliśmy i kiedy, ale cieszyło to nas ogromnie. Nasz kompan od kawy, z e-papierosem wielkości lampy żarowej, powiedział, że na ten wyjazd  jedziemy „jak psy urwane z łańcucha” – i tak właśnie było 🙂 Urwaliśmy się pohasać po polach i przynosić aporty, urwaliśmy się odżyć i odłożyć parę razy pole w tę i nazad. Zostawiliśmy na chwilę projekty, zadania i trud dnia codziennego gdzieś daleko za wonią lasu i skoszonym polem. Byliśmy tylko my – psy i ludzie – a gdzieś poza tym cała reszta.